expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 22 maja 2014

Zapowiedź Wydawnictwa Replika



27 maja 2014 roku nakładem Wydawnictwa Replika ukaże się książka:

"Czarne krowy" Roland Topor


"Roland Topor – mistrz groteski i czarnego humoru powraca!

Wszyscy mówią, że krowy mają cielęce spojrzenie. Jednak to spojrzenie jest nie tylko cielęce. Ono jest wredne. To spojrzenie zabójcy, które można znaleźć w jednym z kryminałów z Série noire. Czarna krowa wyciąga broń i kieruje w waszą stronę grad kul, nie przestając nawet przeżuwać swojej gumy. Bez rozterek i wyrzutów sumienia. Zlecenie jak każde inne, dla kasy. Takie są właśnie czarne krowy.
Istne bydlęctwo!”

Czarne krowy to ostatnia książka Rolanda Topora, którą napisał krótko przed śmiercią. W tym nieopublikowanym dotąd zbiorze trzydziestu trzech opowiadań znaleźć można wszystkie tematy, które prześladowały autora: wyalienowanie w świecie rzeczy i pieniądza, potworność i starzenie się, lęk przed uciekającym czasem i krążącą wokół śmiercią. A wszystko to zroszone czarnym humorem, wrodzonym poczuciem groteski oraz na przemian sztubacką i niepokojącą fantazją – znakami rozpoznawczymi Topora.

Siedemnaście lat po śmierci, Topor wciąż się śmieje!"



Fragment książki:

Wstęp

Kiedy byłem dzieckiem, miałem trochę głupawe marzenie: chciałem pewnego dnia spotkać w swoim życiu geniusza. Z czystej ciekawości. Żeby wiedzieć, jak taki geniusz działa, jak funkcjonuje. Czy taki geniusz je, pije, płacze, cierpi, odczuwa przyjemność, śpi?
Trzeba mi było na to czekać trzydzieści lat z okładem, jednak moje marzenie w 1989 roku w końcu się ziściło: Roland Topor był moim pierwszym geniuszem. Sami przyznacie: mistrzowski sztych w pierwszej próbie!1
[…]
Od kilku tygodni ślęczę nad tym wstępem. Wcale nie muszę tego mówić, bo tego nie widać, ale mówię mimo wszystko: męczę się, kreślę, wracam do tego, co skreśliłem, szukam odpowiednich zwrotów, dekonstruuję, rekonstruuję, drepczę w miejscu. A to dlatego, że kochałem Topora, że nie mogę znaleźć pocieszenia po jego odejściu i że czuję się w obowiązku napisania kilku zdań na jego cześć… no i się jakoś nie klei. Topor uosabiał prostotę w najczystszej postaci. To zresztą jedna z cech jego geniuszu, który odnajdujemy w Czarnych krowach. Przy użyciu najzwyklejszych słów, bez żadnych figur stylistycznych, Topor konstruuje magiczny i uśmiechnięty świat, który pomaga nam zrozumieć nasz własny i lepiej w nim żyć. Ze swojej wrodzonej czarnej melancholii urabia światło dla innych… i trochę dla niego samego. Taki był właśnie jego geniusz, to było właśnie to, co sytuowało go zupełnie ponad całą zgrają. Jednym pociągnięciem ołówka – takiego samego ołówka, którego używam do sporządzenia listy zakupów – Topor rozjaśniał naszą bolesną rzeczywistość, zwracał nam uśmiech i odwagę, byśmy mogli iść dalej. Robił to dla szerokiej publiczności, która – zbyt często – nie była dostatecznie liczna, robił to również dla swoich przyjaciół. Coś wam sprawiało ból lub przykrość? Coś stanowiło problem lub dylemat, a wy nie widzieliście rozwiązania? Szliście wówczas do Topora, a Topor – za pomocą kilku słów, kilku pomysłów, za którymi kryły się niepospolita inteligencja, przenikliwość i wspaniałomyślność – pokazywał wam drogę. W kilka minut byliście znów postawieni do pionu. Wasi wrogowie wydawali wam się słabsi, wasze problemy zmniejszały się, stając się śmiechu warte. Topor był uzdrowicielem; umarł o wiele za wcześnie, jednak jego dzieło trwa i uwiecznia humanistyczne przesłanie, które sobie przypisał, nigdy o tym nie mówiąc.
W 1996 roku Topor, kilku innych i ja sam pracowaliśmy nad programem dla małej stacji telewizyjnej, który prawdopodobnie nazywał się Une minute pour le dire [Powiedz to w minutę]. Minuta na wyrażenie myśli osobistej, oryginalnej i rzeczowej… albo i nie. Krótko mówiąc, minuta wolnego słowa. Minuty Topora były, rzecz jasna, genialne, dosadne i śmieszne. Wciąż pamiętam jedną z nich: Topor zdawał sobie sprawę z naszego niecierpliwego wyczekiwania nachodzącego roku 2000. Sam przyznawał, iż się niecierpliwi, i proponował, by – chcąc zyskać na czasie i oszukać niekończące się oczekiwanie – pominąć bez żadnych skrupułów lata 1997, 1998 i 1999, które ewidentnie nie posłużą niczemu i które nie przedstawiają sobą szczególnej wartości, i przejść od razu do 2000 roku. Był to oczywiście pomysł dziecinny, pomysł swobodny i magiczny, à la Topor. I, niestety, pomysł wizjonerski. Ponieważ gdybyśmy posłuchali Topora, miałby on przyjemność powitać rok 2000. Tymczasem zmarł w 1997, pierwszym z tych przeraźliwie zbytecznych lat.
Topor miał tysiąc pomysłów na dzień. Niemożliwym było dla niego, by je wszystkie wyrazić, jednak w ogóle mu to nie przeszkadzało. Zresztą, ponieważ jego pomysły były niewyczerpane, wiedział, że zawsze będą mu one towarzyszyć. Zabrał ich ze sobą całe taczki. To dodatkowy powód, by delektować się tymi, które zdążył nam pozostawić na papierze.
Należałem – zbyt krótko – do przyjaciół genialnego Topora. Jest to przywilej, którym nie mogę się, niestety, podzielić. Pozostaje mi tylko możliwość, by to wszystko poświadczyć, co nie jest żadnym wyczynem, i zachęcić wszystkich mi współczesnych do przeczytania, do odczytania i odkrycia na nowo tekstów oraz rysunków Topora. By mogli oni stwierdzić razem ze mną: „tak, taki geniusz je, odczuwa przyjemność, pieprzy…”, jak również: „nie, taki geniusz nie umiera”.

François Rollin




Czarne krowy

Krowy doprowadzają mnie do rozpaczy.
Wredne są zwłaszcza czarne krowy. Nie jestem specjalnie przesądny, ale w tym wypadku wszystko zostało dowiedzione: czarne krowy przynoszą pecha. Bardziej niż koty. Nie rozumiem tego pomylenia, które nakazuje ludziom bać się czarnych kotów i nic sobie nie robić z czarnych krów. Czarny kot przebiega im drogę z prawa na lewo – odpukują w niemalowane. Stado czarnych krów przetacza się im tuż przed nosem – stroją sobie żarty. Ale już niedługo. Trafi ich pierwsza spadająca dachówka i zapytają dlaczego.
Bydlęcym podstępkiem czarne krowy są jednak również dojne. Ich mleko jest tak samo białe, jak mleko krowy jasnej, a wytwarzane z niego jogurt, śmietana i masło wydają się równie nieskazitelne. Nic nie wzbudza naszej nieufności. Kto by pomyślał o czarnej krowie, rozsmarowując świeżą śmietankę na plastrze wędzonego łososia lub wsuwając dorodną gruszkę odmiany Piękna Helena, z górą bitej śmietany?
Myślimy sobie, że nic nam nie grozi, a tu nagle bach! I nieszczęście gotowe. Cholesterol blokuje tętnicę, samochód rozbija się o słup lub pali się dom. Zresztą nieszczęścia zawsze chodzą parami. Tętnica się blokuje, samochód się rozbija, dom się pali, a my łamiemy sobie nogę, wyskakując przez okno, rozdzieramy sobie ubranie, nie możemy znaleźć okularów…
Nieszczęścia mogą się mnożyć w nieskończoność, podczas gdy ze szczęściem rozprawimy się w mig.
Weźmy przykład faceta, któremu chce się sikać. Zaciska szczęki, cały aż się w sobie kurczy, a koszula lepi mu się do pleców od zimnego potu. Wchodzi do kawiarni i gna do toalety: zajęte. Facet jest nieszczęśliwy. Wreszcie, kiedy jest już wolne, facet sika, jest szczęśliwy. Wcale nie potrzebuje premii, by być szczęśliwym. Jest szczęśliwy bez premii, tylko dlatego, że sika.
Tymczasem czekając i będąc już nieszczęśliwym, mógł stać się nieszczęśliwy jeszcze bardziej. Gdyby, dajmy na to, chciał go ugryźć owczarek niemiecki. Albo gdyby podsłuchał innego faceta, który przez telefon umawia się na potajemną randkę z jego żoną. Gdyby wybuchł pożar. Gdyby właśnie w tym, a nie innym momencie dostał zawału.
Wszystko może się zdarzyć jednocześnie.
Z powodu czarnej krowy.
Bo jedno z tych wstrętnych bydląt rzuciło na was zły urok, łypiąc ponurym, beznamiętnym i ocienionym firanką rzęs okiem. Okiem wyraźnie zobojętniałym, nieznającym litości, nieubłaganym.
Wszyscy mówią, że krowy mają cielęce spojrzenie. Jednak to spojrzenie jest nie tylko cielęce. Ono jest wredne. To spojrzenie zabójcy, które można znaleźć w jednym z kryminałów z Série noire. Czarna krowa wyciąga broń i kieruje w waszą stronę grad kul, nie przestając nawet przeżuwać swojej gumy. Bez rozterek i wyrzutów sumienia. Zlecenie jak każde inne, dla kasy. Takie właśnie są czarne krowy.
Istne bydlęctwo!
Twierdzimy, że patrzą tym swoim niby cielęcym wzrokiem na przejeżdżające pociągi. Myślicie, że pociągi wykolejają się przez przypadek? Że przez przypadek ludzie rzucają się pod lokomotywy? Że przez przypadek Francuskie Koleje Państwowe mają niewytłumaczalne opóźnienia? Że przez przypadek strajkują? Że przez przypadek trzeba godzinami stać w kolejce po nieszczęsny bilet? Prawdziwym problemem kolei są krowy; zwłaszcza czarne krowy.
Ci, którzy wybierają miejsce przy oknie, by niby móc podziwiać krajobraz, nie są wcale tacy sprytni. Ujadą zaledwie trzy kilometry, a już widzą stadko na łonie natury.
O, krowy” – myślą sobie bez wzruszenia.
W następnej minucie pojawia się konduktor i wlepia im karę, ponieważ zapomnieli skasować bilet.
Kiedy ja wsiadam do pociągu, momentalnie zamykam oczy. Im mniej się widzi, tym bardziej się to opłaca. Ludzie mi mówią: „Ma pan szczęście, że może pan spać, nie ma pan czasu, żeby się nudzić”.
Dużo bym dał za to, by móc spać. Ale to niemożliwe: trwoga utrzymuje mnie w pobudzeniu. Muszę zmuszać się do przymykania powiek, aby nic nie widzieć. Nie chcę, by obraz krowy mógł wniknąć pomiędzy moje rzęsy i łagodnie usadowić się w mojej źrenicy. Zamykam oczy ze wszystkich sił. Kiedy konduktor prosi mnie o bilet, sięgam na oślep i szczęściem trafiam na niego po omacku. Małe szczęście, nawet całkiem malutkie, opłaca się wszak bardziej niż wielkie nieszczęście.
Uwaga: nie twierdzę, że czarne krowy są odpowiedzialne za wszystkie nasze kłopoty. Nie jestem aż tak naiwny, by wierzyć, że bez krów wszystko by szło jak po maśle. Cierpienie i umieranie są przeznaczeniem ludzkości. Niemniej jednak, gdyby było mniej czarnych krów, krowie placki przeznaczone byłyby dla innych, a ja uniknąłbym kupy nieszczęść.


1 W oryg. Pour un coup d’essai…! Nawiązanie do Cyda Pierre’a Corneilla, w którym Roderyk zwraca się do Gomesa: „Tacy jak ja za pierwszy raz każą o sobie / Sądzić, mistrzowskie dając sztychy w pierwszej probie” (Pierre Corneille, Cyd albo Roderyk, przeł. Jan Andrzej Morsztyn, wyd. Adam Karpiński i Adam Stepnowski, Warszawa 1999, str. 42). Powiedzenie Pour un coup d’essai, c’est un coup de maître przeszło do języka codziennego i określa sytuację, w której podjęcie pierwszej próby okazało się pełnym sukcesem (przyp. tłum.).


Książkę można kupić tutaj: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=505

poniedziałek, 19 maja 2014

"Muzyczna zgraja" Izabelle Klebańska

Książka zawiera prawie trzydzieści wierszyków o zwierzętach i muzyce. Czytając je dziecko poznaje najróżniejsze instrumenty - muszę przyznać, że niektóre są nowością także dla mnie jak np. helikon, na którym gra hipopotam czy kornet - odpowiedni instrument dla kornika.
Na czym grywa sowa, dlaczego pies wabi się Metronom, w jakim tempie tańczy paw, co skomponował mandryl na mandoli, dlaczego mól meloman nie chce jeść ubrań, jaki instrument jest dłuższy od jamnika, co się stanie gdy słoń zagra na fortepianie - irracjonalne zabawne zagadki pojawiają się w rymowankach, które przybliżają muzyczne słownictwo. 
Pojawiają się różne pojęcia, które na końcu książki są objaśnione w słowniczku. Wiersze stają się pretekstem do zapoznania dzieci z terminologią muzyczną m. in. z akoladą, bałałajką, bocca chiusa, gryf, koloratura, madrygał, solo, wirtuoz. Chociaż niektóre wiersze wydają mi się niedopracowane lub niekompletne, książeczka wydaje się być wartościową pozycją.

"Pewien bardzo znany muzyk,
Wirtuoz fletu poprzecznego,
Kupił sobie kiedyś w ZOO
Kanarka herceńskiego.
Ptaszek śpiewał namiętnie,
Bez przerwy, świątek czy piątek,
Lekceważąc sobie zupełnie,
Że głos był wart majątek [...]"
                     frag. "Kanarek i frullato"


"Mój kot był perskim szachem, 
W serajskim żył ogrodzie,
Sypiał pod baldachimem,
Mleko mu ciekło po brodzie.
Kocie muzyki tony
Słowik mu sączył do ucha, 
A tłuste, białe myszy
Tańczyły taniec brzucha [...]"
                    frag. "Perski szach"

"Paw jest bardzo z siebie dumny
I ogromnie dystyngowany,
Porusza się z wielką godnością
W powolnym tempie pawany."
                     "Paw i pawana"











piątek, 16 maja 2014

"Sąd Ostateczny" Anna Klejzerowicz



"Nikomu nie wolno zaglądać w głąb jego duszy, która już od stuleci błąka się po tym marnym, grzesznym świecie i nie zazna spokoju, póki nie wypełni swego posłannictwa. Poczuł gniew, jak zwykle, gdy pojawiał się w tym mieście. Miejscu naznaczonym, obcym i wrogim, choć nierozerwalnie z nim związanym. Jednak, gdy wysiadł z samolotu, był już tylko normalnym pasażerem - przeciętnym, zwyczajnym, kulturalnym, a nawet sympatycznym człowiekiem."

Zapowiedź "Sądu Ostatecznego" Anny Klejzerowicz  zaintrygowała mnie więc z wielką przyjemnością przystąpiłam do lektury. Połykając stronę za stroną coraz bardziej zagłębiałam się w gdańskie uliczki, które skrywają nie tylko tajemniczego mordercę ale także sekrety przeszłości.

Emil Żądło jest byłym policjantem, który po rezygnacji ze służby zasłynął jako poczytny dziennikarz. Obecnie jednak, mimo znanego nazwiska nie może znaleźć pracy. Sytuacja ulega zmianie gdy podczas spotkania w gdańskim pubie współpracę oferuje mu narzeczony dawnej sąsiadki. Emil przekazuje mu swój tekst. Młody redaktor ma się z nim skontaktować kolejnego dnia, jednak telefon milczy jak zaklęty. Okazuje się, że Damian i Dorota zostali brutalnie zamordowani, a ich poparzone ciała ułożone w nienaturalnych pozycjach znaleziono w lesie oliwskim. 
To już druga tak brutalna zbrodnia. Policja wraz z nieoficjalnie zaangażowanym Żądłem poszukuje mordercy. Emil odnosi wrażenie, że pozycje, w które ułożono zwłoki gdzieś już widział. Gdy przypadkiem widzi obraz Hansa Memlinga "Sąd Ostateczny" uświadamia sobie skąd morderca czerpie inspiracje. Rozpoczyna się wyścig z czasem, w którym to zbrodniarz prowadzi - uśmierca kolejne ofiary nazywane przez niego grzesznikami, umiejętnie zaciera ślady, bawi się z policją w kotka i myszkę. Wkracza też na prywatne terytorium Emila atakując jego kochankę, włamując się do jego mieszkania, a także nachodząc jego syna. Żądło już nie tylko pragnie rozwikłać tajemnicę morderstw, ale również chce chronić swoich najbliższych, a może to zrobić tylko w jeden sposób - odnaleźć szaleńca i oddać go w ręce policji. 

Anna Klejzerowicz połączyła lekki i prosty styl kryminału z nietuzinkowymi, pomysłowymi i jakże makabrycznymi zbrodniami, co sprawiło, że od "Sądu Ostatecznego" ciężko się oderwać. I mimo iż czasami łatwo się domyśleć jak potoczą się dalsze losy bohaterów, nie odbiera to przyjemności czytania. Jednocześnie czytelnicza wyobraźnia zostaje pobudzona, gdy przed oczami stają gdańskie ulice, które pokonywałam w niejedne wakacje, Teraz tę samą drogę przemierza Emil Żądło w poszukiwaniu wyrafinowanego mordercy. 

Dziękuję Wydawnictwu Replika za egzemplarz recenzencki.
Książkę można kupić tutaj: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=507


wtorek, 13 maja 2014

"Róża z Wolskich" Małgorzata Gutowska-Adamczyk

"Róża z Wolskich" wywołała u mnie mieszane uczucia. Oczekiwałam czegoś porywającego i bogatego w wydarzenia jak "Cukiernia pod Amorem", a otrzymałam, co prawda interesującą, lecz trochę monotonną historię polskiej malarki. Książka ta nawiązuje w niewielkim stopniu do swoich poprzedniczek - pojawia się tu Iga Toroszyn (w "Cukierni" pod panieńskim nazwiskiem Hryć), młoda dziewczyna zgłębiająca tajemnicę pierścienia znalezionego przez archeologów na gutowskim rynku. Dowiadujemy się co nieco o jej losach ale jej postać stanowi tło dla właściwych wydarzeń. 

Iga prowadzi pensjonat w Zajezierzycach, do których przybywa w sprawach prywatnych historyczka sztuki - Nina. Gdy kobiety się poznają, Iga prosi Ninę aby sprawdziła autentyczność pewnego obrazu, który wisi w hotelowym holu. Autorstwo dzieła przypisywane jest malarce Rose de Vallenord, a przedstawia on Tomasza Zajezierskiego. Gutowska żongluje czasem, przenosząc nas raz do dziewiętnastowiecznego Paryża, a za chwilę ponownie w czasy współczesne. 
Podczas tych podróży w czasie poznajemy kilkuletnią Różę - niemowę, która wraz z matką Krystyną Wolską przybywa do Francji w celu leczenia córki. Zatrzymują się u wuja Izydora, który chętnie je gości. Jednak jego nagła śmierć powoduje, że obie zostają bez grosza przy duszy. Pani Wolska zmuszona jest schować dumę oraz honor do kieszeni i zaczyna szukać pracy. Znajduje ją także Róża, która pozuje malarzom. Poznaje wśród nich księcia de Vallenord, w którym zakochuje się mimo swojego młodego wieku. 
Druga połowa XIX wieku to nie tylko czas wspaniałej wystawy światowej ale także licznych konfliktów wewnątrz kraju, w wyniki których książę zostaje zesłany na dziesięć lat kolonii karnej w Nowej Kaledonii. Lata mijają, Róża dorasta, staje się młodą kobietą, odkrywa w sobie powołanie do malarstwa i przyjmuje nazwisko Rose de Volska. Wkrótce Roger de Vallenord powraca z zesłania i spotyka Polkę, która staje się jego metresą. Mimo iż spełniło się marzenie Róży, po pewnym czasie przestaje być szczęśliwa...

Podczas lektury tej książki czytelnik odkrywa podobieństwo między malarką a historyczką sztuki - obie odczuwają wyrzuty sumienia kiedy próbują się usamodzielnić i uniezależnić od zaborczych, krytycznych, niedoceniających ich matek, które próbowały wychować je na swój własny sposób, zapominając o pragnieniach, uczuciach i potrzebach córek. Krystyna obwinia córkę za wszystkie niepowodzenia życiowe - utratę mowy, wyjazd z ukochanej Polski, ubóstwo, które dotknęło je we Francji. 
Irena, mimo iż jej córka przekroczyła trzydziestkę, nadal stara się ją kontrolować, pouczać, nie chce przeciąć łączącej je dość mocno pępowiny. Nina zdaje sobie z tego sprawę, jednak nie ma siły przeciwstawić się matce i tkwi w toksycznej relacji, do czasu kiedy na jej drodze pojawia się atrakcyjny, bogaty i inteligentny Miłosz. Lecz jej szczęście nie trwa długo - podobnie jak i Rose, zostaje porzucona przez ukochanego. 

"Róża z Wolskich" jest całkiem intrygującą pozycją, lecz nie da się jej czytać w oderwaniu od "Cukierni pod Amorem". Akcja nie toczy się tak dynamicznie, historia tytułowej bohaterki wydaje się być nieco banalna w porównaniu do często zaskakujących zwrotów akcji w życiu bohaterów "Cukierni". Książka mnie nie nudziła, czytało się ją dobrze i szybko, czuję się jednak nie do końca usatysfakcjonowana, a wręcz trochę rozczarowana. Nie otrzymałam bowiem "tego czegoś" co serwowały jej poprzedniczki. 


piątek, 9 maja 2014

"Gdy przy słowie jest przysłowie" Agnieszka Frączek

Przysłowia pozwalają nam w telegraficznym skrócie opisać pewne życiowe prawdy. I chociaż nam dorosłym wydają się one oczywiste, to dla naszych pociech często jest to czarna magia. Co ma sobie pomyśleć kilkulatek słysząc z ust dorosłych następujące słowa: "Uderz w stół a nożyce się odezwą", "Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one" czy "Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby". Nie ma się co dziwić jeśli później dziecko wali rękoma w stół oczekując, że nożyce do niego przemówią albo wlatuje w stado ptaków i zaczyna krakać. Agnieszka Frączek tłumaczy maluchom o co w tym wszystkim chodzi. Każde przysłowie opisuje rymowana historyjka, a potem w przystępny sposób autorka wyjaśnia znaczenie powiedzenia. 
Przykładowo, wiersz "Szeleczka" mówi o słoniu, który udaje się do krawca w celu nabycia marynarki ("Tak krawiec kraje, jak [mu] materii staje"), "Lody całkowicie lodowate" opowiadają o zabandażowanej damie dmuchającej na zimne lody ("Kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha"), a "Tlanspolt" jest historią o leniwym w dzieciństwie chłopcu, który nie chciał nauczyć się mówić "ry" i jako dorosły mężczyzna ciągle mówi "ly" ("Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał").

Książeczka zawiera także pouczającą lekcję (dla starszych dzieci a także dorosłych) odróżniania przysłów od frazeologizmów. Jeśli zastanawiamy się do czego zakwalifikować "Mieć węża w kieszeni" to tu znajdziemy odpowiedź. Niezachęcająco brzmiące słowo "frazeologizmy" zostaje tu okiełznane i od tej pory można patrzeć na nie łagodnym okiem.






wtorek, 6 maja 2014

"Mroczne klejnoty" Chelsea Quinn Yarbro

" - Chcę cię namówić, żebyś pozwoliła mi siebie kochać. Odsunęła się jak najdalej od niego; nikłe światło powiększyło teraz jej oczy. - Kochać mnie? Patrzył na nią spokojnym, natarczywym wzrokiem. - Tak. Czy chcesz mi zaufać? Choć odrobinę? Nie zrobię niczego, co ci się nie spodoba. Nie mam po temu żadnych powodów i nic w ten sposób nie zyskam. - Wyciągnął ku niej rękę, mocząc mankiet koszuli; jego ciemne oczy patrzyły tak łagodnie, że nie mogła oderwać od nich wzroku. - Pozwolisz? Nie zaboli cię i nie przyniesie wstydu. Jeżeli cokolwiek z tego, co zrobię, ci się nie spodoba, powiesz mi, a natychmiast przestanę."

"Mroczne klejnoty" to czwarta część przygód hrabiego Saint-Germain. O pierwszym i drugim tomie pisałam tutaj: "Hotel Transylvania""Pałac", trzecia część nie wpadła jeszcze w moje ręce. Każdy tom można czytać niezależnie od innych, autorka nie utrzymuje w nich chronologii wydarzeń. W "Hotelu Transylvania" akcja rozgrywa się w XVIII-wiecznej Francji, w "Pałacu" w XV-wiecznej Florencji, natomiast w czwartym tomie Ference Rakoczy trafia na dwór Iwana Groźnego władającego Carstwem Rosyjskim w XVI wieku. Przybywa on tam z polecenia polskiego króla Stefana Batorego. W podróż wyruszył wraz z poselstwem jezuitów, którym przewodzi nieprzychylny Rakoczemu ojciec Pogner. Po przybyciu na carski dwór hrabia staje się świadkiem szaleństwa Iwana Groźnego, który postradał zmysły po tym jak przypadkowo zabił swojego syna Iwana Iwanowicza. 
Chcąc przypodobać się nieprzewidywalnemu rosyjskiemu  władcy, Rakoczy posługując się swoimi alchemicznymi zdolnościami, wytwarza dla cara klejnoty. W podzięce za jeden z nich Iwan Groźny przeznacza jedną z Rusinek na żonę hrabiego. Ference nie jest zadowolony - posiadanie żony może grozić ujawnieniem jego prawdziwej natury, co mogłoby przynieść mu zagładę. Ksenia Jewgienijewna okazuje się być przestraszoną, doświadczoną przez los kobietą również niezadowoloną z powodu zaaranżowanego małżeństwa. Poznawszy dziewczynę Rakoczy zakochuje się w niej i pragnie dać jej rozkosz oraz szczęście. Jednak Ksenia nie potrafi uwolnić się od demonów przeszłości i hrabia bardzo powoli zdobywa jej zaufanie.
Małżeństwo Rakoczego nie podoba się ojcu Pognerowi, który dopatruje się w tym czynie zdrady polskiego króla. Dodatkowo oskarża Ferenca o szatańskie występki i czarnoksięstwo. Jak się okaże nie jest on jedynym nieprzyjacielem hrabiego Saint-Germain. 

Po śmierci Iwana Groźnego, na tronie zasiada jego niesprawny umysłowo syn Fiodor, który nie jest w stanie sam rządzić Carstwem Rosyjskim. Zgodnie z wolą zmarłego, opiekę nad nim sprawują Borys Fiodorowicz Godunow oraz Nikita Romanowicz Zacharyna. Pierwszy z nich jest przyjacielem Rakoczego i pragnie uchronić młodego cara przed zamachem. Natomiast Zacharyna spiskuje z wpływowym Wasylem Szujskim, który ma ambicje aby zasiąść na tronie. Także jego kuzyn Anastasij chce władzy dla swojej rodziny. Każdy z nich ma własnych szpiegów, którzy nie wahają się gdy trzeba zadać śmiertelne ciosy. Atmosfera w Moskwie jest gęsta od sieci utkanych intryg, które wymierzone są również przeciwko Rakoczemu. Car Fiodor, będący marionetką w rękach Nikity Romanowicza, wydaje nakaz aresztowania hrabiego Saint-Germain. Od tej chwili grozi mu realne niebezpieczeństwo.

"Mroczne klejnoty" plasują się gdzieś pomiędzy "Hotelem Transylvania" a "Pałacem". Pierwszą część nadal uważam za bezkonkurencyjną, a czwarty tom szybciej wciąga i intryguje silniej niż "Pałac". Yarbro jak zawsze zachwyca stylem oddającym ducha epoki, w której występuje jej bohater. Bogactwo szczegółów tła historycznego, chociaż czasem nużące, pozwala wczuć się w atmosferę XVI-wiecznego dworu carskiego. Autorka dostarcza wielu ciekawostek, jak na przykład sytuację ówczesnych rosyjskich kobiet, które miały bardzo ograniczoną swobodę. Przeciwnikiem tych zwyczajów jest Rakoczy, który pozwala swojej żonie samej opuszczać dom, nie przetrzymuje jej w osobnych pomieszczeniach, liczy się z jej zdaniem, a nawet towarzyszy Kseni podczas pobytu w łaźni.



sobota, 3 maja 2014

Dodruki książek - Wydawnictwo Replika

 Wydawnictwo Replika



Miłość czeka na każdego

"Wydawałoby się, że to historia stara jak świat...
On – niepoprawny romantyk – zupełnie niespodziewanie dziedziczy po dziadku uroczą leśniczówkę i piątkę kotów.
Ona po bolesnych doświadczeniach ucieka przed przeszłością na wieś.
Oboje znają się od dziecka... ale Anna nie jest już piegowatą smarkulą, Anią Shirley z zaplecionymi warkoczami i głową w chmurach. Również Michał, choć – jak ona – tęskni za prawdziwą miłością, pierwsze uczuciowe stłuczki ma już za sobą. Spotkanie po latach stopniowo sprawia, że obojgu szybciej biją serca...
...ale życie nie jest wcale takie proste. Najpierw każde z nich będzie musiało policzyć się z przeszłością i poukładać na nowo teraźniejszość – zwłaszcza Michał, w życiu którego jest jeszcze ta druga – Maja.
Czy Anna i Michał podejmą ryzyko i odnajdą wspólną drogę?"



Fragment książki:

Rozdział 1
Wnętrze kancelarii notarialnej przy ulicy Miodowej odurzało za-
pachem luksusu. Siedziałam w skórzanym fotelu, bezsilnie zaciskając
na jego poręczy zimne od potu dłonie. Przede mną, w błyszczącej po-
wierzchni stołu odbijał się spiczasty podbródek notariusza. Dokładnie
zapamiętałam rysy jego twarzy, obojętny wzrok i blade usta porusza-
jące się w takt wypowiadanych słów. Błyskając rzędem białych zębów,
odczytał najeżony paragrafami akt notarialny. Kątem oka spojrzałam
na męża. Siedział obok, poruszając nogą w rytm radosnej uwertury
rozbrzmiewającej mu w głowie. Nie miałam dość siły, by spojrzeć mu
w oczy. Wiedziałam, że maluje się w nich dzika satysfakcja z wygra-
nej. Znowu był górą. Cienka granica między miłością a nienawiścią
zatarła się w mojej duszy na dobre, pozostawiając bliznę w kształcie
szkaradnego kleksa.
– Proszę podpisać – gorzkie myśli przerwał flegmatyczny głos nota -
riusza. Czarne robaczki na oślepiającym bielą dokumencie odtańczyły
szalony taniec. Prócz drżenia rąk walczyłam z gwałtownie wzbierają-
cymi pod powiekami łzami. Od fałszywej, ale jednak, wolności dzielił
mnie jedynie mały krok.
– Proszę, kochanie – prawie „były” mąż usłużnie podał pióro,
które wypadło mi z dłoni. Chwyciłam je ponownie i drewnianymi pal-
cami podpisałam zobowiązanie.
– To wszystko – blade usta drgnęły z wymuszoną uprzejmością.
Mobilizując wszystkie siły, wstałam z fotela. Odruchowo dotknęłam
szyi, szukając niewidzialnej pętli, dławiącej mi oddech.
– Szerokiej drogi, kochanie – w dłoni wylądowały kluczyki od
samochodu. – Jedź ostrożnie – zadrwił. Na drewnianych nogach przeszłam gabinet. Miękki dywan niczym
ruchome piaski zapadał się pod stopami. To kolejne złudzenie czy
nowa, perfekcyjnie przygotowana zasadzka? Tonęłam. W górze, nad
otwartą jeszcze mogiłą, z szyderczym uśmiechem stał mężczyzna,
którego kiedyś kochałam. W jego spojrzeniu nie dostrzegłam litości.
W dłoniach trzymał kanciasty kamień, który podniósł i z rozma-
chem nim uderzył…


– Nieeeeee! – Usiadłam na łóżku, zasłaniając ramionami
głowę. Dopiero po chwili, na oślep, uciszyłam natarczywy
dźwięk budzika. Od dwóch lat godziłam się na ten rozdzie-
rający dźwięk, bojąc się, że delikatny sygnał nie będzie w sta-
nie wyrwać mnie z koszmaru, który śniłam niemal każdej
nocy. Szparkami zlepionych snem powiek wpatrywałam się
w tarczę zegara. Szósta. Jesienne słońce połaskotało mnie
w twarz. Byłam bezpieczna.
Od chwili powrotu na stare śmieci rozpoczynałam każdy
kolejny dzień od spoglądania na świat przez szyby rodzinnego
domu. Okno wychodziło na zachód. O poranku wieś Lipsko
malowniczo wyłaniała się spośród otaczających ją zewsząd
roztoczańskich lasów. Podmokłe łąki pachniały mieszaniną
polnych kwiatów, traw i bagna. Bliżej zabudowań piaszczy-
sta wyboista droga wiła się serpentyną w kierunku sąsied-
niej wsi Brzeziny. W przeciwną stronę podążała asfaltówka
łącząca ten kraniec wsi z tzw. cywilizacją: urzędem gminy,
szkołą, kościołem, minimarketem „Szarotka” i położoną
tuż za nimi wsią Doliny.
Pobiegłam na palcach do łazienki, by zetrzeć z oczu
resztki snu. Odkręciłam kurek z zimną wodą. Mokrymi rę-
kami dotknęłam rozpalonej twarzy. Z lustrzanego odbicia
spoglądała na mnie blada twarz z podpuchniętymi oczami.
Mokra grzywka zasłaniała wysokie czoło i cienką linię brwi.
Włosy ciemne, proste, sięgające ramion. Drobne piegi na
nosie i wyraziście zielone, kocie oczy. Oto cała ja. Anka
Jabłońska. Lat dwadzieścia siedem. Prawie rozwódka. Z bo-
lesną przeszłością. Nijaką teraźniejszością. Bez przyszłości…
Wróciłam do pokoju, po raz kolejny uświadamiając sobie
fakt, że rodzice przez siedem lat niczego w nim nie zmie-
nili, jakby przeczuwając, że wrócę. Ogromny plakat z uwo-
dzicielską miną mojego idola z czasów liceum, lekko tylko
wyblakły, wisiał nad łóżkiem jak przed laty. Lalka, którą
babcia podarowała mi na piętnaste urodziny, ku uciesze ca-
łej rodziny, spoglądała szklanymi oczami spomiędzy kolekcji
kolorowych poduszek w kształcie serca. Na półce ulubione
książki, które znałam na pamięć. Obok wygodny, głęboki
i cudownie miękki fotel, w którym jako nastolatka o roman-
tycznym usposobieniu tonęłam w marzeniach. Na ścianie
słoneczniki, ulubione kwiaty, w kiczowatych, błyszczących
ramach obrazu. Patrząc na odzyskaną po latach namiastkę
dzieciństwa obecną w przedmiotach wypełniających mój
stary pokój, zadawałam sobie pytanie, dlaczego postanowi-
łam zrobić ten jeden, nierozważny krok w przepaść. Odpo-
wiedź była zawsze ta sama, niezmienna i ohydnie banalna:
zakochałam się.
Wszystkie moje plany wzięły w łeb, gdy poznałam Mirka.
W oczach nastolatki, którą wówczas byłam, zwyczajnie nie
miał wad. Taki fart mógł zdarzyć się tylko raz i nie chciałam
go przegapić. Nie przeszkadzało mi nawet, że jest ateistą,
chociaż dorastałam w rodzinie katolickiej i gdzieś w pod-
świadomości, jak każda młoda dziewczyna, marzyłam o bia-
łym ślubie przed ołtarzem. Mirek uważał, że to zabobon
i ciemnota. Dwa razy starszy ode mnie, zawrócił mi w gło-
wie dojrzałością, mądrością i romantycznym usposobieniem.
Oświadczył się tuż po mojej maturze i bez chwili wahania
powiedziałam „tak”. Rodzice i dziadkowie, a zwłaszcza uko-
chana babcia, byli przeciwni naszemu małżeństwu.
– A te wiejskie wesela! – Śmiał się, gdy rodzice, usiłu-
jąc wyjść naprzeciw mojej decyzji, chcieli nam je wyprawić.
– Wybacz kochanie, ale to nie dla nas. Pokażę ci świat, ja-
kiego nigdy nie znałaś…
Dotrzymał słowa.
Drzwi szafy skrzypnęły głośno i przeciągle. Włożyłam
ulubiony kostium i paroma szybkimi ruchami grzebienia upię-
łam włosy w wygodny koński ogon. Najprzyjemniejszy mo-
ment dnia miałam wciąż przed sobą. Poranna kawa w towa-
rzystwie rodziców i dziadka była tym, co lubiłam najbardziej.
Jako nieodrodna córka tatusia przejęłam podobno wszyst-
kie introwertyczne geny Macieja Jabłońskiego. Potężna po-
stura ojca przypadła w spadku mojemu bratu, pozostawiając
mi kruchość mamy z lat wczesnej młodości. Po trzydziestu
sześciu latach małżeństwa wiotka sylwetka Stefci przyjemnie
się zaokrągliła. Mama głośno nad tym bolała, tato wydawał
się zadowolony.
– Kochanego ciała nigdy za wiele – mówił, przyciskając
ją do ściany, za co najczęściej obrywał ścierką, lecz wpra-
wiona w dobry humor żona porzucała niemal natychmiast
myśl o przeprowadzeniu drastycznej diety cud, z ulgą odda-
jąc się kulinarnym rozkoszom.
– Skoro kocha mnie taką, jaka jestem – rumieniła się
– przygotuję coś pysznego.
Zawsze dotrzymywała słowa.
Mój starszy o dziewięć lat brat wyssał z mlekiem mamy
jej spontaniczność, gadatliwość i umiejętność pakowania się
w kłopoty. Podobieństwo charakterów matki i syna powodo-
wało lawinę nieporozumień, która z czasem weszła w etap
wojny podjazdowej. Sebastian unikał mamy, a ona nie usta-
wała w narzekaniu i pomstowaniu, jakiego to potwora wy-
puściła z własnego łona. Wszyscy wiedzieliśmy, że to pozory.
Syndrom opuszczonego gniazda odczuła dotkliwie wcześniej,
ła przypuszczać. I nie tylko Sebastian był temu wi-
nien. Także ja, jej mała Ania, boleśnie ją zraniłam, opusz-
czając rodzinne gniazdo w wieku zaledwie osiemnastu lat.
Dziadek Tadeusz jeszcze nie wstał. Gdyby było inaczej,
toczyłby z synową kolejną, zażartą dysputę na temat zdrowia.
Jej echo rozchodziło się każdego niemal poranka w całym
domu. Byłam pewna, że drewniane ściany stuletniego sie-
dliska Jabłońskich chłoną te słowne potyczki z prawdziwą
rozkoszą. Uwielbiałam dziadka. Gdy byłam mała, zabierał
mnie na obrządek i uparcie twierdził, że jestem jego małą
gospodynią i to właśnie ja przejmę kiedyś gospodarstwo.
Karmiłam z nim kury i świnki. Zaglądałam do żłobu Mućki,
piłam mleko świeżo po udoju i podtrzymywana przez dziadka
wsiadałam na grzbiet Kuby, naszego konia. Lubiłam wy-
prawy furmanką po zboże, i dropsy, które dziadek kupował
dla mnie w sklepie spożywczym. W domu moją ulubioną
zabawą było huśtanie na gumiaku, kiedy dziadek Tadeusz
siadał na krześle i wymachiwał nogą, na której siedziałam.
Mówił na mnie wtedy „Siurusia”, bo zawzięcie moczyłam
tetrowe pieluchy i unikałam nocnika.
Nawet chwilowy powrót do wspomnień z wczesnego
dzieciństwa ładował mi baterie na cały dzień. Już zupełnie
spokojna pościeliłam łóżko i zeszłam na dół.
– Jak się spało? – Mama na mój widok mechanicznie po-
stawiła na stole dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą.
– Dobrze – skłamałam. – Poproszę mleko.
– Zjadłbym coś – sapnął ojciec, ciężko siadając przy stole.
Pachniał wiatrem i zwierzętami, które z troską oporządzał.
Ranki na wsi zaczynały się bladym świtem.
– Pierogów ci odsmażę – odpowiedziała przymilnie
mama, z gracją podchodząc do kuchenki. – Na czerwono, tak
jak lubisz. – Tato wymownie spojrzał w moją stronę. Oboje
domyślaliśmy się, skąd ta uległość. Rachunek telefoniczny
przyniesiony wczoraj przez listonosza opiewał na sporo za
dużą sumę i Stefcia Jabłońska usłyszała od małomównego
zazwyczaj męża soczystą litanię na powyższy temat.
Telefoniczne rozmowy były jednym z ulubionych zajęć
mojej matki. Drugą pasją, na którą ojciec chętniej przymykał
oko, było namiętne słuchanie jej ulubionej stacji radiowej.
Stefcia Jabłońska znała ramówkę na pamięć. Z czasem dosto-
sowała rozkład domowych obowiązków tak, by nie ominęło
jej nic godnego uwagi. Budziła się z radiem i z nim zasypiała.
– „Gorące serca zwalczą mróz” – burczał ojciec, wycho-
dząc z domu na obrządek, pozostawiając zasłuchaną żonę
w objęciach ukochanych fal radiowych. Mama zaopatrzona
w pilota, którego dostała ode mnie na urodziny, podkrę-
cała odbiornik, zastygając w bezruchu nad garnkiem z zupą,
by nieopatrznym ruchem nie zagłuszać cudownego tembru
głosu prezentera.
Przy radiu pracowała i relaksowała się. Uwielbiała mu-
zyczne wspominki, piosenki znane z młodości i rozmowy
z gośćmi. Nieraz zastawałam ją, gdy w pląsach przemierzała
kuchnię wtulona w trzonek od miotły jak w tors niewidzial-
nego tancerza. Zawsze bolała nad tym, że Maciej, chociaż
porządny i dobry, nie gustuje w zabawach i wiejskich po-
tańcówkach. Nie dał się wyciągnąć nawet na sylwestra raz
w roku, przedkładając ten czas na godziwy i spokojny wypo-
czynek przed telewizorem. Żal mi było mamy, która ukrad-
kiem ocierała łezkę w kąciku oka, zasłuchana w hit sprzed
kilkudziesięciu lat swojego ulubieńca, wciąż popularnego K.
– Złota, polska jesień – westchnęła. – Do południa lek-
kie zachmurzenie, ale przejdzie – wyjrzała przez okno, nie
przestając smarować masłem kromki chleba. – Widzę, że
niespieszno ci do pracy – spojrzała uważnie.
– Niespieszno – przyznałam, upijając łyk porannej kawy.
– Pierwsze koty za płoty – pocieszała. – To całe rozpo-
częcie długo nie potrwa, a zanim wrócisz, przygotuję ci coś
smacznego na poprawę humoru. Co byś chciała?
Zastanowiłam się.
– Jabłecznik według przepisu babci Helusi. Mogłabyś?
– Pewnie! Jabłek pod dostatkiem w sadzie leży. Nazbie-
ram i zrobię tak, jak lubisz.
– Dzięki, mamuś. Już mi lepiej – przyznałam.
– Ktoś tu o jabłeczniku mówił czy na słuch mi padło? –
zapytał dziadek Tadeusz, wchodząc do kuchni.
– Słuch u tatusia nie do zdarcia! – zaśmiała się mama.
– Jabłecznik dzisiaj na obiad, taki jak mama gotowała.
– To się chwali – pokiwał głową – chociaż za owoco-
wymi zupami to ja nie przepadam – skrzywił się dziadek.
– A na drugie co?
– A co by tatuś chciał?
– Bigosik, Stefciu. Zrobiłabyś?
– Ale nietłusty, bez zasmażki, bo jeszcze zaszkodzi.
Ojciec uśmiechnął się pod nosem, odstawił talerz i bez
słowa wyszedł na podwórko. Doskonale znał żywieniowy
repertuar małżonki. Sam cierpiał od miesięcy na brak kofeiny
we krwi, której z całą stanowczością zabroniła mu spoży-
wać, podsuwając zbożówkę, której nie cierpiał. Skutkowało
to jedynie pozornie. Widziałam nieraz, jak ojciec, korzysta-
jąc z nieobecności żony, co rusz zaglądając do okna, czy nie
wraca, na stojąco uzupełniał braki smolistą zalewajką.
– Tfuu! – skrzywił się dziadek. – To powiedz od razu,
że kapustę mi udusisz i w wodzie zagotujesz. I to ma być
bigos?! – rozzłościł się.
– A tatuś co myślał? – obruszyła się. – Że morderstwa
na jego wątrobie się dopuszczę? Nie wolno i tyle. Lekarz

zabronił.


Tytuł: Przytul mnie
Autor: Monika Rebizant-Siwiło
Premiera: 25.06.2013
ISBN: 978-83-7674-256-4
Stron: 408
Cena: 34,90 zł

Wydawnictwo Replika


Książkę można kupić tutaj: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=463