expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krajewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krajewski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2017

"Mock" Marek Krajewski




"- Profesor Meissner mówił, że równoległobok to kopnięta trumna, a trumna to symbol bardzo charakterystyczny dla wolnomularstwa.
- A co jest trumną nie kopniętą, panie wachmistrzu? - Charlotta roześmiała się głośno.
- Prostokąt - odparł nieco speszony policjant.
- Widział pan kiedyś idealnie prostokątną trumnę? Bo ja nie. W trumnie równoległe są krótsze boki. Niech pan spojrzy [...]
- Widzi pan, panie wachmistrzu? Tak wygląda bok trumny. A jak mianowicie chciałby go pan kopnąć, by wyszedł z tego regularny równoległobok?
- Rzeczywiście, nie da się. - Mock pokręcił głową."

Tak jak nie lubię większości dzisiejszych polskich filmów, tak i z dużym sceptycyzmem podchodzę do obecnej literatury polskiej, powiedzmy tej bardziej rozrywkowej niż poważnej. Coś mnie w niej drażni, czegoś brakuje i mimo wielu medialnych zachęt ciężko jest mi sięgać po książki współczesnych polskich autorów.

Kilka lat temu koleżanka pożyczyła mi książkę Marka Krajewskiego o detektywie Mocku. Lekturę zaczynałam pełna obaw, lecz niespodziewanie wpadłam w wir zachwytu do tego stylu, niebanalnego języka, dopracowanych intryg, arcyciekawych postaci, w tym oczywiście do samego Mocka, a później także do Popielskiego. I chociaż przyjemnie mi się czytało książki Marii Nurowskiej czy Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, to dopiero Marek Krajewski uratował dla mnie polską literaturę (później dołączyła do niego Elżbieta Cherezińska).

Nie ma się zatem czemu dziwić, że najnowsza powieść Krajewskiego "Mock" znalazła się pod moja świąteczną choinką i to w towarzystwie uwielbianego przeze mnie Akunina.
Autor przenosi nas do początków pracy Mocka w  policji czyli do roku 1913. Tytułowy bohater jest wówczas trzydziestoletnim inteligentnym wachmistrzem, któremu nie można odmówić odwagi oraz zamiłowania do alkoholu i kobiecych wdzięków. To właśnie tym ostatnim Mock "zawdzięcza" groźbę wyrzucenia z pracy. Co może zrobić niesubordynowany funkcjonariusz aby prezydent policji puścił w niepamięć orgię z prostytutkami, która miała miejsce w więziennej celi? Mock zdaje sobie sprawę, że tylko rozwiązanie zagadki tragicznego morderstwa w Hali Stulecia może uratować go od degradacji. Wachmistrz prowadząc nieoficjalne śledztwo pragnie dowiedzieć się kto zabił czterech gimnazjalistów zostawiwszy ówcześnie ich nagie ciała w Hali i jaki związek ma z nimi Ikar - wisielec w perwersyjnym stroju ze skrzydłami u ramion. Oprócz konszachtów z córami Koryntu, Mock spotyka na swojej drodze członków Związku Wszechniemieckiego, masonów, piękną, niezależną i niezwykle wpływową baronową i nie spodziewa się, że przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z policyjną zdradą.

Cieszę się, że Marek Krajewski zrobił ukłon w stronę przeszłości Mocka. Dzięki temu czytelnik może nadal obcować nie tylko ze świetną literaturą ale i z niesamowitym detektywem. Jakby komuś jeszcze było mało tych ochów i achów, to na zakończenie pochwalę projekt okładki. W tym temacie również ciężko mnie zadowolić i wiele polskich okładek mnie nie przekonuje, a spora cześć wręcz zniechęca i często bywa jedynym mankamentem książek. Okładka "Mocka" mnie urzekła i szczerze życzę sobie więcej takich na polskim rynku. 


wtorek, 3 lutego 2015

"Władca liczb" Marek Krajewski



"Działanie krwiożerczego bóstwa geometrii, które nazwę tutaj Belmispar, jest widoczne tylko w pewnych punktach topograficznych (nazwę je punktami Belmispara). Jest we Wrocławiu wiele takich punktów. Mają one charakterystyczne współrzędne geograficzne. [...] Moja teza jest następująca: jeśli w dzień Belmispara przez punkt Belmispara przejdzie łańcuch Belmispara, to z całą pewnością jedna osoba z sześciu go tworzących popełni samobójstwo."

Zafascynowana książką Marka Krajewskiego "Koniec świata w Breslau" postanowiłam, że będę sięgać po kolejne. Zaintrygowała mnie matematyczna otoczka "Władcy liczb", a ponieważ sama ukończyłam studia z tejże dziedziny, nie mogłam ominąć tej pozycji. Cieszę się, że autor dostrzegł potencjał drzemiący w królowej nauk i uczynił ją bohaterką swojej powieści. Nawet jeśli czytelnik jest zielony w kwestiach matematyki, to to i tak odbędzie ciekawą literacką podróż.

Edward Popielski dostaje nietypowe zlecenie od pewnego hrabiego - musi znaleźć logiczne wytłumaczenie dla trzech samobójstw. Gdy to zrobi, brat hrabiego Eugeniusz Zaranek-Plater, zostanie uznany za człowieka niespełna rozumu. Twierdzi on bowiem, że przewidział śmierć owych ludzi i że złożyli się oni w ofierze bóstwu geometrii Belmisparowi. Eugeniusz tak boi się Belmispara, że nigdy nie opuszcza z tego powodu swojego mieszkania, które jest zamknięte od zewnątrz a klucz posiada jedynie jego brat.

Edward Popielski jest człowiekiem twardo stąpającym po ziemi i nie wierzy w zabobony. Jednak wraz z rozwojem śledztwa jego dotychczasowy racjonalizm zostaje zachwiany a do głosu coraz częściej dochodzi demon Belmispar. Mimo wyczerpującej i często niebezpiecznej pracy, Popielskiemu nie udaje się rozwikłać tej jakże intrygującej zagadki. Z zadaniem tym po wielu latach przyjdzie zmierzyć się jego synowi.

Palce lizać i obgryzać - tak można podsumować "Władcę liczb". Świetny styl oraz język oddają atmosferę Wrocławia połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Barwne postaci, zgrabnie zawiązana intryga oraz oryginalna fabuła sprawiają, że od książki ciężko się oderwać. Gdy zmierzamy do zakończenia książki i myślimy, że nic nas już nie zaskoczy, autor sprawia, że napięcie nie opuszcza nas aż do ostatniej kropki.

środa, 15 października 2014

"Koniec świata w Breslau" Marek Krajewski


"Radca kryminalny zapalił papierosa. Przystanął między straganami i nagle przestał słyszeć targowanie się i reklamowe slogany - toporne jak uderzenia cepem. Zamordowana dziewczyna, zaszlachtowana jak rzeźne zwierzę, była dla niego rzeczywiście bezimiennym ciałem, jedynym z wielu plugawych rezerwuarów, w których biedni i możni tego miasta łagodzili frustracje i zostawiali ślepe zasiewy, z których nigdy nic się nie urodzi."

Już od pierwszych stron tej powieści wiedziałam, że właśnie rozpoczynam niesamowitą książkową przygodę. Lektura mnie zauroczyła i już się niecierpliwię na kolejne pozycje tego autora, które muszą zagościć w mojej biblioteczce.
"Koniec świata w Breslau" to utrzymana w inteligentnym oraz wyszukanym stylu historia radcy kryminalnego podążającego śladem przedwojennego wrocławskiego mordercy. Autor pisze językiem absolutnie niebanalnym i porywającym.

Niestroniący od alkoholu radca kryminalny Eberhard Mock rozwiązuje sprawę mordercy, który przy ciałach ofiar zostawia kartki z kalendarza. Zajęty pracą i codziennym spożywaniem solidnej porcji mocnych trunków, Mock zaniedbuje swoją młodą żonę Sophie. Kobieta nie godzi się na takie traktowanie, lecz mąż, przechodząc do rękoczynów, nie pozostawia złudzeń co do ich wspólnego życia. Aby osłodzić sobie trudy dnia codziennego, Sophie pozwala wprowadzić się swojej przyjaciółce na sekretne spotkania z baronem von Hagenstahlem podejrzewanym o kontakty z sektą religijną. Gdy jego żona w końcu ucieka z miasta, Eberhard musi nie tylko tropić zabójcę ale również Sophie.

Mimo intrygującego wątku zabójstwa, będącego przyczynkiem do czytelniczej pogoni za mordercą wywołującej serię domysłów co do osoby sprawcy, czytając "Koniec świata w Breslau" o wiele bardziej wciągała mnie relacja Mock-Sophie. Każde z nich jednocześnie się przyciąga i odpycha, przez co żadne nie jest jednoznacznie pozytywnym lub negatywnym bohaterem. Radca kryminalny bez wątpienia występuje po stronie sprawiedliwości ścigając brutalnego mordercę lecz równocześnie przychodzi do pracy na kacu, bije a nawet gwałci swoją żonę. Sophie współczujemy, rozgrzeszamy z rozwiązłych upodobań lecz pod koniec jej zdegenerowane życie seksualne zniechęca do sympatyzowania z nią. Także drugoplanowi bohaterowie mają rozbudowane osobowości, nie są to osoby pozbawione charakteru i własnej historii. Książkę Marka Krajewskiego czuje się każdą częścią ciała, jej lektura dostarcza nieskrywanej przyjemności i sprawia, że na tej jednej propozycji Krajewskiego nie da się poprzestać.